Wołowiec przez Grzesia i Rakoń

Wołowiec przez Grzesia i Rakoń

KUBA RELACJONUJE ZDOBYCIE SWOJEGO PIERWSZEGO DWUTYSIĘCZNIKA

Dla początkujących na tatrzańskich szlakach przekroczenie 2000 m. n.p.m. jest bez wątpienia dużym przeżyciem. Policzyłam ostatnio, że minęło już ponad 20 lat, odkąd byłam na tej wysokości po raz pierwszy. Kubie także właśnie się to udało! Wyskoczył nawet 64 m ponad tę magiczną poziomicę. I tak się to jakoś ułożyło, że i dla niego i dla mnie pierwszym dwutysięcznikiem był Wołowiec. Jesteście ciekawi jego wrażeń? Przeczytajcie!

Wyruszamy z Siwej Polany

Wycieczkę zaczęliśmy z samego rana u wylotu Doliny Chochołowskiej. O tej porze roku nie ma już tu krokusów, więc i tłumy są znacznie mniejsze niż na początku wiosny. Jest to miejsce nieco mniej uczęszczane niż Morskie Oko, Kasprowy Wierch czy Dolina Kościeliska, ale nie można powiedzieć, by na szlaku było pusto. Początek doliny szpecą kramy z badziewiem i fast foodami, ewentualnie produktami stylizowanymi na regionalne. Pośród tej tandety bardzo mi się jednak spodobał park linowy, w którym można się było wspiąć po Wielkiej Siklawie, a trasy nosiły nazwy pięter roślinności górskiej.

Park linowy w Dolinie Chochołowskiej.

Podczas wędrówki przez Dolinę Chochołowską co jakiś czas przystawaliśmy, by lepiej przyglądnąć się skalnym urwiskom po którejś ze stron drogi albo wiatrołomom powalonym przez dawną wichurę. O tej porze bryczki dla turystów jeszcze nie kursowały. Zapewne ci, co przyjeżdżają tak wcześnie, nie mają ochoty korzystać z takich usług.

Którędy na Wołowiec?

Po około dwóch godzinach wędrówki doszliśmy do Polany Chochołowskiej. Zastanawialiśmy się przez chwilę, czy nie podejść czarnym szlakiem do kaplicy, przy której kręcono sceny ślubu Janosika z Maryną. Zrezygnowaliśmy jednak z tego pomysłu, bo śpieszno nam było nieco wyżej. Wkrótce doszliśmy do rozgałęzienia szlaków. Tu musieliśmy wybrać, którą drogą udamy się na Wołowiec. Zielonym szlakiem przez Wyżnią Dolinę Chochołowską, czy żółtym przez Grzesia i Rakoń. Stanęło na żółtym.

Choć chcieliśmy być jak najszybciej na górze, nie mogliśmy przejść obojętnie koło schroniska – no bo jak tu odpuścić szarlotkę ze śmietaną i jagodami. Dopiero po uzupełnieniu zapasów węglowodanów rozpoczęliśmy podejście na Grzesia.

Grześ czyli grzbiet

Szlak na Grzesia, jak to bywa w górach, wiedzie cały czas pod górę. Właściwie szliśmy jego bokiem, ponieważ środek drogi pokrywało błoto z naniesionymi patykami i gałęziami. Miejscami płynął nawet potok.

Droga na Wołowiec - podejście pod Grzesia.

Błoto skończyło się dopiero w piętrze kosodrzewiny, gdy przekroczyliśmy granicę lasu. Szliśmy tam wyłożoną kamieniami ścieżką albo po skalistym podłożu. Niestety po wyjściu na otwartą przestrzeń, jak to przy ładnej pogodzie bywa, zaczęło dogrzewać słońce. Ale słońce nam niestraszne (choć mama narzekała potem, że przez całe lato nie spaliło jej tak, jak podczas tej wrześniowej wycieczki), tym bardziej, że wokół ukazywały się coraz to piękniejsze widoki.

Widoki z Grzesia.

W tym momencie nasze tempo nieco zmalało, bo mama, jak to ona, ciągle przystawała na zdjęcia. Ale doszliśmy w końcu jakoś na tego Grzesia (1653 m n.p.m.).

Tuż pod szczytem Grzesia.
W drodze na Wołowiec, tuż pod szczytem Grzesia.
Tuż pod szczytem Grzesia.
Tuż pod szczytem Grzesia.

Początkowo myślałem, że to nieco mało poważna nazwa jak na tatrzański szczyt. Okazało się jednak, że w gwarze góralskiej grześ to po prostu grzbiet – czyli miano to jest całkiem adekwatne. Z kolei Słowacy na Grzesia mówią Lúčna, od słowa lúka – łąka. Zapewne związane jest z faktem, że stoki Grzesia były kiedyś wypasane.

Na szczycie Grzesia

Przed nami Rakoń i Wołowiec

Po krótkim odpoczynku na Grzesiu wyruszyliśmy przez Przełęcz Łuczniańską i Długi Upłaz w kierunku Wołowca. Szliśmy granią, którą biegnie granica między Polską a Słowacją. Przebiega tędy również bałtycko-czarnomorski dział wodny.

W drodze na Wołowiec. Okolice Przełęczy Łuczniańskiej.
W drodze na Wołowiec, gdzieś pomiędzy Grzesiem a Rakoniem.

Mimo, że szczyt Rakonia (1879 m n.p.m.) wydawał się całkiem bliski, dotarcie do niego zajęło nam około godziny.

Na Rakoniu.

Posiedzieliśmy tu dłuższą chwilkę podziwiając znajdujące się poniżej i błyszczące w słońcu stawy Rohackie oraz wyglądające bardziej jak szczyt Tatr Wysokich; Rohacze, Trzy Kopy, Hrubą Kopę, Banówkę, Pachoła i Salatyny.

Na Rakoniu. Widok na Dolinę Rohacką.

Po drugiej stronie mieliśmy równie piękny widok na otoczenie Doliny Chochołowskiej. A tam same Wierchy: Kominiarski, Trzydniowiański, Kończysty, Starorobociański, Jarząbczy… No dobra, rozpoznaliśmy chyba jeszcze Ornak, Raczkową Czubę i Łopatę.

Na Rakoniu. Widok na stronę polska.

Najbardziej jednak interesowało nas to, co było przed nami. To był ON – nasz pierwszy dwutysięcznik – Wołowiec.

Wołowiec. Widok od strony Rakonia.

Wkrótce i my staliśmy się małymi mróweczkami wspinającymi się na grzbiet tego kolosa.

Wołowiec

Droga na Wołowiec to męczące około pół godziny. Idzie się cały czas po ostrym, choć krótkim podejściu. Kiedy podchodziliśmy zaczął dmuchać ostry wiatr, przed którym nic nas nie osłaniało. Nie zrażało nas to jednak ani trochę. Miejscami szliśmy po umacniających stok, drewnianych belkach. To chyba te, które instalowano tu w czerwcu, gdy mama z Jaśkiem wybrali się na Trzydniowiański Wierch, a ten remont zmusił ich do zmiany zaplanowanej trasy.

Podejście na Wołowiec.
Podejście na Wołowiec.

Gdy stanęliśmy na szczycie satysfakcja była ogromna! To faktycznie „gruba” góra i wcale mnie nie dziwi, że polscy pasterze nazywali ją kiedyś Hrubym Wierchem. Nazwa ta nie utrzymała się jednak, gdyż austriaccy kartografowie wprowadzili na mapy jej słowacki odpowiednik – Volovec.

Szczyt Wołowca jest przestronny, a kiedy już położy się na trawie, w odpowiednim miejscu, wiatr nagle ustaje i można spokojnie zjeść posiłek.

Wołowiec
Na Wołowcu.

Nie wspominając już o tym, że panoramy doskonale nadają się tu do zdjęć. Mamy tu wspaniały widok na Rohacza Ostrego z owianym sławą Rohackim Koniem, Rohacza Płaczliwego, Dolinę Rohacką, a także na Dolinę i Stawy Jamnickie.

Wołowiec. Widok na Dolinę Rohacką.
Wołowiec. Widok na Dolinę Jamnicką.
Wołowiec. Stawy Jamnickie.

Z kolei po polskiej stronie rozciąga się panorama z Doliną Chochołowską w roli głównej. Na dalszym planie widać chyba nawet Czerwone Wierchy i Giewont.

Widok z Wołowca na polską stronę.

Wołowiec to pierwszy dwutysięcznik na jaki wszedłem na własnych nogach, bo Beskid, zdobyty przy okazji wjazdu kolejką na Kasprowy Wierch, się nie liczy.

Żegnamy Wołowiec

Posiedzieliśmy na górze dosyć długo i w końcu nadszedł czas, by schodzić. Nie wracaliśmy przez Grzesia, lecz odbiliśmy na zielony szlak na Przełęczy Zawracie. Szlak wydawał się dość stromy, gdy nim schodziliśmy, tak że cieszyłem się, że nie wybraliśmy go idąc pod górę.

Zejście z Wołowca, przez Zawracie do Doliny Chochołowskiej.
Zejście z Wołowca, przez Zawracie do Doliny Chochołowskiej.

Doszliśmy nim z powrotem do Polany Chochołowskiej. Teraz mieliśmy jeszcze do przejścia jakieś 7 kilometrów przez Dolinę Chochołowską. Po całodziennej wędrówce to sporo, ale wcale nie żałowałem, że nie dałem się mamie namówić na wypożyczenie rowerów i przejazd dnem doliny. Droga pieszo sprawiała mi większą przyjemność.
O tej porze było tu już znacznie więcej turystów. Co chwila mijały nas zaprzęgi konne. Na pastwiskach po bokach drogi pasły się stada owiec i krów, zapewne jako atrakcja turystyczna.

Po dwóch godzinach marszu wróciliśmy do punktu startu. O tej porze wszystkie kramy były otwarte. Cała mnogość pluszaków, toreb na komputery w góralskie wzory i drewnianej broni kłuła w oczy. Nie skusiliśmy się jednak na te pamiątki, tylko wsiedliśmy do samochodu i wróciliśmy do Krakowa. To była naprawdę udana wycieczka!

Więcej opisów naszych wycieczek w TATRY znajdziecie tu.

INFORMACJE PRAKTYCZNE

Dojazd

Zakopianką z Krakowa do Zakopanego i dalej drogą 958 przez Gronik, Nędzówkę i Kiry na Siwą Polanę, przy wylocie Doliny Chochołowskiej.
Możliwy jest także dojazd od strony Chochołowa.

Parking

Na Siwej Polanie znajduje się kilka parkingów. Zaparkowaliśmy na ostatnim, tuż przy kasie Tatrzańskiego Parku Narodowego. Cena całodziennego postoju to 15 PLN (wrzesień 2020). To o 5 PLN więcej niż zapłaciliśmy w czerwcu stając na parkingu nieco bardziej oddalonym od wejścia na teren TPN.

Opłaty

Punkt poboru opłat za wstęp do TPN znajduje się u wylotu Doliny Chochołowskiej, na Siwej Polanie. Cennik dostępny jest tu. Dla rodzin posiadających ogólnopolską Kartę Dużej Rodziny wstęp gratis.

Trasa


Siwa Polana – Polana Huciska – Polana Trzydniówka -Schronisko PTTK na Polanie Chochołowskiej *
Schronisko PTTK na Polanie Chochołowskiej – Grześ
Grześ – Rakoń – Pod Wołowcem
Pod Wołowcem -Wołowiec – Pod Wołowcem – Wyżnia Dolina Chochołowska – Schronisko PTTK na Polanie Chochołowskiej – Polana TrzydniówkaPolana HuciskaSiwa Polana

*Drogę dnem Doliny Chochołowskiej – z Siwej Polany pod schronisko – można pokonać rowerem. Przed wejściem do TPN znajduje się kilka wypożyczalni rowerów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *